piątek, 29 czerwca 2012

Rozpalanie ognia puszką


Zabawę z tą metodą rozpalania ognia zaczynamy od wypolerowania "na lustro" dna puszki, najlepsze są puszki po napojach ale nada się każda która ma paraboliczne dno, będzie ono skupiać promienie słoneczne powodując zatlenie się hubki, którą następnie rozdmuchamy tak samo jak w technice łuku ogniowego czy tradycyjnego krzesiwa.Przeczytałem w jakiejś instrukcji aby do polerowania użyć czekolady, nie było wspomniane, że może to zająć kilka godzin , znacznie lepsza jest pasta do zębów, 15 do 60minut i mamy lustro. Próbowałem też użyć skrzypu, działa tak sobie jednak na pewno lepiej niż czekolada. Po wypolerowaniu czas zająć się hubką, ja użyłem błyskoporka ale nie jest on konieczny, ważne aby hubka  miała niską temperaturę zapłonu, wykorzystać można na przykład próchno, roztarty puch roślinny, amadou z huby, zwęgloną bawełnę itp.Sama technika rozpalania jest dość prosta, skupiamy promienie na hubce ustawiając dno puszki w stronę słońca i manewrując hubką oraz puszką.Najpierw można podłożyć palec, jak zaczyna parzyć to wiemy jakie ustawienie jest najlepsze. Ludzie którzy nie mają cierpliwości do trwania w bezruchu mogą ustawić wszystko na ziemi , widać na zdjęciu ja to może wyglądać.    



Sposób dość ciekawy, jednak jego wykorzystanie ogranicza brak słońca, puszki i środka polerującego. Na początku odpowiednie skupienie promieni może rodzić drobne problemy, ale po kilku próbach dochodzi się do wprawy, wtedy zatlenie hubki następuje w miarę szybko.

czwartek, 28 czerwca 2012

Improwizowany plecak ramowy Roycroft.

Podobne konstrukcje służyły od tysięcy lat do przenoszenia ekwipunku. Jednak tak prostą i szybką w budowie ramę wymyślił  Thomas Roycroft,  instruktor survivalu i mentor Morska Kochańskiego.
Zaczynamy od wykonania ramy, która ma trójkątny kształt.Dwa dłuższe ramiona powinny mieć długość ręki i grubość kciuka, krótsze długość przedramienia. Związujemy elementy składowe ramy zostawiając wystające końce na szerokość dwóch palców poza obrys trójkąta, do nich będą przyczepione szelki i pas biodrowy. Jeśli oprócz wiązania zastosujemy tzw zaciosy (widać o co chodzi na szkicu poniżej), to rama będzie bardzo sztywna. Ekwipunek najłatwiej zawinąć w płachtę, koc, worek itp Jeśli nie dysponujemy niczym takim ostatecznie można wypleść siatkę z naturalnych materiałów ale to zajmie trochę czasu. Rzeczy kładziemy na środku , układając tak aby najcięższe były na dole, miękkie od strony pleców, te do których musimy mieć szybki dostęp znajdą się na górze, wtedy po odwinięciu jednej części będziemy mieli do nich dostęp.Boki płachty zawijamy do środka, pakunek powinien przypominać kształtem prostokąt. Nadszedł czas na przymocowanie zawiniątka do ramy. W sumie nie jest ważne jak, musi się trzymać i być stabilne. Ten kto jeszcze pamięta czasy kiedy do pakowania prezentów służył papier i wstążki poradzi sobie bez problemów. Radzę zastosować taki węzłem który można łatwo rozwiązać. Czas na  szelki , powinny być jak najszersze w miejscach styku z ciałem (ciężar rozkłada się na większą powierzchnie), ja zastosowałem kefije. Dobrym pomysłem są skarpety wypełnione trawą czy mchem  z przedłużającymi sznurkami, z braku laku można użyć szerokich pasków kory itp. Ogólnie im szelki szersze i miększe tym lepszy komfort uzyskamy, tak samo ma się sprawa z pasem biodrowym , ja użyłem paska od spodni, jednak coś szerszego byłoby lepsze. 

Plecak jak na tak prymitywną konstrukcję jest w miarę wygodny, ale to już zależy od tego jak rozwiążemy szelki i pas biodrowy. Widziałem na zdjęciach jak na pewnym szkoleniu survivalowym, pan instruktor pokazywał podobną konstrukcje z szelkami z paracordu. Jestem ciekaw czy przeszedł kiedykolwiek z takim plecakiem chociażby kilometr. Z moich doświadczeń wynika , że pozioma poprzeczka może uwierać w plecy , wystarczy owinąć ją np.bluzą i po kłopocie.

wtorek, 26 czerwca 2012

Rozłupywanie drewna za pomocą małego noża

Nawet sporych rozmiarów klocek można rozłupać przy pomocy małego noża. Trzeba sobie przygotować 2-3 kliny , mogą być odłupane od boku klocka który chcemy rozszczepić. Do tego podbijak który będzie pełnił funkcje młotka. Szukamy pęknięć które ułatwią nam pracę. Jeśli takowych nie ma wbijamy nóż dokładnie po środku, wyciągany i w jego miejsce wbijamy klinik. Teraz wbijamy nóż z przeciwległej strony, wyciągamy i dajemy drugi klin. Podbijając równomiernie kliny polano powinno się rozszczepić. Czasem z jednej strony jest sęk albo włókna są poskręcane i dlatego idzie to dość opornie. Można wtedy zastosować jeszcze jeden klin z boku od strony przeciwległej do sęka. 
Jak widać na zdjęciach powyżej do rozłupania użyłem noża składanego z blokadą, nie jest to najlepsze rozwiązanie. Jednak jeśli musimy użyć takowego kozika lepiej zwolnic blokadę przy wbijaniu, rękojeść może sobie zwisać, w niczym to nie przeszkadza a blokada się nie niszczy.


niedziela, 24 czerwca 2012

Łyżka z muszli

Kariera łyżki rozpoczęła się kiedy zaczęto spożywać płynne i półpłynne posiłki. Najpierw stosowano formy z naturalnym zagłębieniem, łatwo dostępnymi rzeczami o takim kształcie były muszle. Aby sobie ułatwić jedzenie ktoś wymyślił, że można do takiej muszli dorobić rączkę i tak powstała pierwsza łyżka.  Greckie i łacińskie określenie na łyżkę cochlea oznacza spiralną muszlę ślimaka. 
Potrzebna będzie nam oczywiście muszla. Nasze słodkowodne małże mają ją dość kruchą. Jeśli mamy możliwość lepiej wykorzystać bardziej wytrzymałe muszle które posiadają niektóre  morskie mięczaki. Pracę nad łyżką rozpoczynamy od dokładanego umycia i odkażenia muszli( wystarczy mocno nagrzać). Wiercimy czubkiem noża dwie dziurki. Idzie to w miarę szybko. Powinny znajdować się na jednej linii. Teraz zajmiemy się dorobieniem drewnianej rączki. Wycinamy po bokach przy końcu który będzie zachodził na muszlę dwa wcięcia (będą przeciwdziałać "wychodzeniu" rączki). Robimy to tak aby zgadzały nam się szerokością z rozstawem dziurek. 
                                     
Rozszczepiamy koniec naszej rączki i pomiędzy dwie połówki wciskamy muszlę. Przeciągamy sznurek przez dziurki i związujemy. W zasadzie łyżka gotowa. Dla większej wytrzymałości połączenia można na wiązanie nałożyć klej z żywicy.  

piątek, 22 czerwca 2012

Gwiaździste ognisko

Bardzo cenię sobie maksymalnie proste i skuteczne rozwiązania. Ten typ ogniska właśnie taki jest, czasem nazywam go ogniem samotnego wędrowca. Dlatego, że idealnie nadaje się dla jednej osoby. Nie wymaga  dużo opału i jest dość bezpieczne. Wędrowiec zatem nie traci  czasu na przygotowanie drewna. Wystarczy kilka dłuższych drągów grubości co najwyżej ramienia i trochę chrustu na rozpałkę.  Przez dosuwanie i rozsuwanie poszczególnych  bierwion reguluje się dość precyzyjnie siłę ognia, dlatego jest to dobre ognisko do przygotowania żywności. Jeśli chcemy  szybko zagotować wodę zsuwamy polana , końce mogą nawet nachodzić na siebie, jeśli mamy wolno piec rozsuwamy, aby się tylko żarzyły.Jak widać na grafice poniżej bierwiona  są ułożone w kształcie gwiazdy. Powoduje to , że można użyć całkiem długich drągów a i tak będzie wygodnie manewrować nimi. Zaczynamy od rozpalenia chrustu, obojętnie jak, kiedy porządnie płonie dokładamy bierwiona aby schodziły się promieniście do środka.
 Ogień z takiego ogniska nie jest  wielki co jest zaletą i wadą. Zaletą dlatego , że często nie potrzeba wcale ogromnego ogniska jakie robią niedzielni survivalowcy, którzy potrafią w krótkim czasie spalić kubik drewna. Wadą jest przy bardzo mroźnej pogodzie, ponieważ takie ognisko może nie być wystarczające do ogrzania się.

czwartek, 21 czerwca 2012

Klej z żywicy drzew iglastych.

Żywiczny klej był używany przez wieki. Korzystano z jego pomocy przy osadzaniu grotów, noży krzemiennych, uszczelnianiu  pojemników (jest wodoodporny) itp. Jednak nie ma co go porównywać do klejów naszych czasów. Człowiek współczesny może się zawieść na nim. Nie klei jak żywica epoksydowa, butapren czy inny klej. Moim zdaniem bardziej nadaje się do uszczelniania. Świetnie sprawdza się też w połączeniu z wiązaniem czy też szyciem jako wzmacniacz owych.
Zbieranie żywicy nie powinno nastręczać problemów, często na sosnach czy świerkach można spotkać grudy żywicy w miejscach zranienia drzewa. Ja  zbieram przy okazji, jak się trafi to do woreczka. Zanim się obejrzę  mam już spory zapas.Taka zeschnięta żywica będzie posiadała sporo zanieczyszczeń,  rzadko można trafić na w pełni czystą. Przedstawię dwa sposoby na odseparowanie ich. Pierwszy polega na ustawieniu kamienia pod lekkim kątem w ogniu, kiedy się mocno rozgrzeje to na górę kładziemy grudkę żywicy, po chwili zaczyna się roztapiać i spływać. Zanieczyszczenia powinny pozostać na górze. Dodajemy resztę składników i mieszamy. Jest to świetny sposób na uzyskanie niedużych ilości kleju.
Drugi sposób pozwala uzyskać znacznie więcej oczyszczonej żywicy. Będą potrzebne dwa pojemniki. Ja wykorzystuje dwie puszki z których odcinam części z denkami. W jednym robię dziury i wkładam w drugie.Układam żywicę na górze. Po roztopieniu spływa do dolnego pojemnika a zanieczyszczenia pozostają na górze. Oczywiście nie trzeba wykorzystywać puszek Chodzi o sama zasadę.Świetnym zastępstwem pojemnika z dziurkami może być większe metalowe sitko do fusów. Puszki niestety są  w miarę łatwym znaleziskiem w terenach około leśnych.
Na zdjęciu powyżej widać , że dziurki są dość małe, chciałem uzyskać jak najbardziej czystą żywicę, można zastosować trochę większe.Przepisów na klej żywiczny jest masa.Osobiście pracowałem z dwoma dodatkami, sproszkowanym węglem drzewnym oraz woskiem pszczelim. Dość popularna receptura to:
                              2 części żywicy i  1część węgla drzewnego. 
Wychodzi z tego całkiem przyzwoity klej. Jednak jeśli chcemy aby był trochę bardziej elastyczny dodajemy wosku pszczelego, można go zastąpić parafiną czy stearyną ze świecy. Proporcje wyglądają tak:
                             3 części żywicy, 1część węgla drzewnego, 1 część wosku pszczelego.
Dodaje się też   inne składniki, kilka przepisów z sieci, sam ich jeszcze nie testowałem:
                            5 części żywicy sosny, 1 część popiołu , 1 część łoju
                            10 części żywicy sosny, 2 części popiołu  1 część łoju
                            1 część żywicy , 1 część wosku pszczelego, 1 cześć węgla drzewnego
                            4 części żywicy, 1 część węgla drzewnego, 1 cześć zwierzęcych odchodów                                                                          
                                     (chodzi o odchody roślinożerców, takich jak zająć czy sarna)
Klej wykonuje się rozcierając drobno składniki, po roztarciu mieszamy i roztapiamy nad ogniem, jeszcze raz mieszamy i klej w zasadzie jest gotowy.
 Warto sobie ułatwić aplikację kleju  prostym trickiem.  Należy przygotować kijek . Wkładamy go w roztopiony klej i wyciągamy, gdy klej na patyku zastygnie powtarzamy czynność. Po wyciągnięciu można go też ręką kształtować, albo lepiej kawałkiem drewienka. Trzeba uważać by się nie poparzyć, wyciągamy, czekamy chwilę i kształtujemy i tak w kółko.  Na końcu kijka powstanie wałek z kleju. Klejenie odbywa się na gorąco, podgrzewamy klej aplikujemy na materiał i kształtujemy. Czasem trzeba będzie podgrzać ponownie na części klejonej ponieważ dość szybko zastyga.


Z czasem człowiek dochodzi do wprawy, wtedy mieszamy wszystko na oko , można kombinować ze swoimi proporcjami czy składnikami dopasowanymi do konkretnego materiału  i sytuacji. Żywica spełnia zadanie klejące , ale sama jest krucha. Dodatki robią za utwardzacze i plastyfikatory.

środa, 20 czerwca 2012

A-ramowe schronienie.

Zaczynamy od zbudowania ramy, składa się ona z dwóch trójnogów. W wpisie o krześle z worka można zobaczyć jak zrobić trójnóg ( http://puszczanstwo.blogspot.com/2009/01/krzeso-z-worka.html  ) Trójnogi łączymy  górną poprzeczką na której będziemy mogli rozwiesić plandekę lub poncho. Poszczególne nogi wkopujemy w ziemię na głębokość nie większą jak 10cm. Teraz trzeba przygotować posłanie. Składa się ono z dwóch poprzeczek wchodzących w materiałowy rękaw. Naprężenie następuje samoistnie , trójnóg jest szerszy u dołu więc posłanie zblokuje się, tym samym napinając materiał. Na nasz rękaw działają  spore siły dlatego musi być wytrzymały, mu użyliśmy nylonu.Jeśli nie mamy odpowiedniego materiału, można zastosować poprzeczki drewniane albo wypleść ze sznurka "kratownice".
 Na zdjęciu powyżej  widać , że musiałem razem z kolegą Mariuszem użyć podwójnych tyczek do rękawa. Nie mieliśmy odpowiednio grubych drągów dlatego tak zrobiliśmy. Ogólnie całą konstrukcje można by było wykonać z odrobinę grubszych tyczek, grubości nadgarstka były by idealne. Mariusz robił kiedyś taki typ posłania i schronienia używając dwóch drzew. Twierdzi , że znacznie szybciej  mu poszło niż z tym które robiliśmy i było stabilniejsze. Brzmi to logicznie, nic nie musimy wkopywać. Nie trzeba budować trójnogów, drzewa razem z drągami tworzą dwie litery A. Wygląda to tak jak na grafice poniżej.


Pomimo, że łóżko jest wygodne, to patrząc praktycznie, nie widzę szerokiego zastosowania tego w naszym klimacie. Może gdzieś na rozległych bagnach. Co innego w dżungli, gdzie nie śpi się na ziemi i jest pełno materiału z którego można takie łoże zrobić ( Liany, bambusy itd). Znalezienie tylu odpowiednich tyczek w polskich warunkach może być dość problematyczne. Jednak budowa tego to kolejne doświadczenie które pokazuje , że najlepiej sprawdzają się najprostsze rozwiązania dopasowane do środowiska w którym się przebywa.


wtorek, 19 czerwca 2012

Dziura Dakotów (Dakota fire hole)

Świetny sposób na palenie ognia. Zużywa mniej opału niż zwykłe ognisko, nie czułe na wiatr, powstaje sporo żaru, o wiele szybciej można zagotować wodę,  jest mniej widoczne niż ognisko do tego mniejsze prawdopodobieństwo zaprószenia pożaru.
Za palenisko służy wykopany dołek o średnicy 20-40cm, głębokości 15-30cm. Od głównego paleniska odchodzi otwór wentylacyjny którym dostaje się powietrze. Powinien być on oddalony o około 20 cm od głównego otworu i mieć średnice 15cm.  Takie wymiary podają na ogół podręczniki  i strony internetowe. Przyznam się , że jakoś nigdy nie mierzyłem swoich dakotowych dziur, robiłem na oko, przystosowywałem do tego co chciałem uzyskać. Jeśli miałem tylko szybko zagotować wodę to robiłem mini dakotę. Jeśli chciałem aby paliła się długo była całkiem spora. Uważam, że wymiary należy traktować jako punkt odniesienia a nie ścisłą regułkę. Przy kopaniu wentylacji należy zwrócić uwagę na kierunek  wiatru . Powinien on  wiać od strony otworu wentylacyjnego. Jeśli planujemy długo używać naszej dakoty, warto otwór wentylacyjny wykopać kilka-kilkanaście centymetrów ponad dnem paleniska aby się szybko nie zapchał żarem i popiołem.
Można podwiesić naczynia do gotowania albo postawić na prowizorycznym ruszcie lub pomiędzy dwoma kamieniami na których po nagrzaniu można piec.Znacznie przyspieszymy gotowanie jeśli garnki będą znajdować się chociaż w części w dołku. Gdy nazbiera się żaru i wrzucimy płaski kamień pieczenie jest samą przyjemnością . Jeśli nie mamy kamienia a grunt pozwala to można np. podpłomyki przyklejać do wewnętrznych ścianek.



poniedziałek, 18 czerwca 2012

Pozyskiwanie wody metodą transpiracji w Polskich warunkach

Do pozyskania wody metodą transpiracji nie można stosować trujących roślin.

Pozyskiwanie wody metodą transpiracji polega na włożeniu do foliowego worka żywej gałęzi drzewa lub krzewu.Worek na końcu trzeba obwiązać mocno aby nie uciekała woda parująca z liści. Zbiera się ona w najniższym punkcie. Dlatego wrzuciłem do worka  kamień który obciąża worek i tworzy się przez to mała komora na wodę. Zamiast kamienia możemy użyć sznurka którym związujemy róg worka i przywiązujemy do czegoś tak aby skierować gałąź do dołu.
Tyle teorii. Ciekawy byłem jak to się sprawdza w praktyce. Ray Mears w Australii przy temperaturach sięgających 40°C uzyskał z przezroczystego worka o pojemności na oko 60litrów po całym dniu jakieś 0,5 litra wody.Czyli całkiem nieźle.Pewien facet przetestował to na pustynnych obszarach Arizony po 26 godzinach otrzymał około 50ml płynu, używał czarnego wielkiego worka na śmieci. Ja wykorzystałem 35 litrowe worki na śmieci. Jak widać powyżej są przezroczyste o zielonym odcieniu. Temperatura wahała się pomiędzy 20-25°C.Czas eksperymentu jakieś 10 godzin.Słońce przeplatało się z chmurami. Umieściłem pięć worków.Trzy na brzozie a pozostałe na kruszynie. Starałem się je tak zawiesić aby przez jak najdłuższy czas były wystawione na słońce.Teren to łąką z pojedynczymi drzewami i krzakami. Z wszystkich worków razem uzyskałem 300ml płynu.
Zapotrzebowanie na wodę organizmu w naszych warunkach klimatycznych waha się średnio pomiędzy 30-45ml/kg masy ciała na dobę.Czyli osoba ważąca 70kg musiałaby użyć od 35 do 52 worków.Przyjmując, że w bardziej sprzyjających warunkach uzyskałbym dwa razy więcej płynu to i tak musiałbym mieć mnóstwo worków. Może ktoś przeprowadzał podobny test ?
Jakby ktoś chciał spróbować transpiracji, to radzę najpierw dokładnie otrzepać  gałąź  z robaków, no chyba ,że chcemy mieć koktajl robaczany. 




niedziela, 17 czerwca 2012

Pułapka Pajutów ze spadającym ciężarem

Bardzo prosta i szybka pułapka do zabijania małych zwierząt, podobno wymyślili i używali jej Pajuci.Ciężar opiera się na kołku, który przechodzi przez widełki ( można je wbić w ziemię). Na końcu jest dowiązany sznurek,  prowadzi on do krótkiego patyczka do którego jest przywiązany i  owinięty o dolną część rozwidlonego patyka. Trzeci patyk na którym powinna być przynęta robi za spust. Z jednej strony jest zaparty o krótki patyczek przeciwdziałając odkręceniu się sznurka  i zwolnieniu podpórki. Z drugiej strony jest zaparty o kawałek wbitego w ziemię kołeczka lub jeśli nasz ciężar jest dość krótki to bezpośrednio o niego. Przy pobieraniu przynęty następuje  poruszeniu spustu, ciężar spad i zabija zwierzę.

 Zalety tej konstrukcji to prostota , czuły spust i  możliwość wykonania bez pomocy narzędzi. 
Tego typu pułapki potrzebują ciężaru o wadze pięciokrotnie większej niż zwierze które chcesz zabić.


sobota, 16 czerwca 2012

Pułapka z opadającym ciężarem

Jestem  stanowczo przeciw bezsensownemu zadawaniu cierpień zwierzętom , przez długi czas nie zamieszczałem wpisów o pułapkach, ponieważ nie chciałem przykładać ręki do męczenia zwierząt. Jednak jakby na to nie patrzeć pułapkarstwo było nieodłącznie związane z leśnym życiem. Są kraje gdzie dalej jest to legalne np. Kanada. My jako nowocześni i świadomi miłośnicy przyrody powinniśmy ograniczyć się do teorii, myślę , że tacy są właśnie czytelnicy mojego bloga i przez moje wpisy nie przyłożę ręki do kłusownictwa. Chociaż zaprezentowaną poniżej pułapkę można wypróbować w praktyce np. na myszach które zalęgły się w piwnicy czy szczurach ze stodoły. Ten rodzaj pułapki jest stworzony właśnie do łapania niedużych zwierząt.  Taki typ i podobny  wykorzystują dalej czasem rosyjscy Kapkanczycy ( odpowiednik amerykańskich Traperów), polujący na niewielkie zwierzęta futerkowe. Tylko oni nie ustawiają ich na ziemi a pomiędzy ściętymi dwoma pniami na wysokości około1,5metra.
Zaczynamy od przygotowania trzech składowych części naszej pułapki. Wygląd poszczególnych elementów obrazują fotografie.
O lewej: górna część z progiem o który zapiera się dolna część, od spodu wchodzi spust.
 Powyżej widać jak to wygląda ustawione. Na koniec spustu dajemy przynętę. Zwierzę przy pobieraniu przynęty rusza patykiem aktywując pułapkę. Aby  pułapka odniosła sukces spust musi być bardzo czuły. Na powyższym zdjęciu widać że kłoda znajduje się pomiędzy dwoma kołkami. To dlatego, że nie zawsze pnie są proste, czasem zamiast upadać prostopadle do ziemi lecą bardziej na bok, co utrudnia bądź uniemożliwia ustawienie pułapki. Wbijając po bokach kołki ograniczymy czas zabawy w  ustawianie kłody. Zamiast kłody można dać duży kamień lub kosz który pozwoli złapać zwierzę żywe.

piątek, 15 czerwca 2012

Pojemnik na zapałki/hubkę z brzozowej kory.

 Zmajstrowałem  pojemnik na zapałki z brzozowej kory. Fajny klimatyczny gadżet.
 Zacząłem od wyszukania odpowiedniego paska kory. Musi być on na tyle długi aby można było korę zwinąć podwójnie, da to odpowiednią sztywność pudełeczku.Zeskrobałem resztki łyka i łuszczące się warstwy kory. Wyciąłem kształt, z jednej strony jest strzałka która po zwinięciu wejdzie w szczelinę widoczną na fotografii, która powinna być trochę węższa niż grot, można wyciąć ją ostrym nożem albo żyletką. Po cofnięciu strzałka zblokuje się . Drugą stronę zfazowałem aby nie było przeskoku, ponieważ chciałem uzyskać wodoodporność a taki przeskok mógłby wytworzyć szczelinę pomiędzy korkiem a korą. Wszystko dodatkowo skleiłem wodoodpornym klejem, wymagał on ściśnięcia klejonego materiału, więc do środka wsadziłem rozszczepiony kołek w którego końce wcisnąłem kliny, najpierw opasałem go folią ,  w razie jak klej wycieknie , to folia się przyklei a nie kołek . Z zewnątrz owinąłem mocno sznurkiem. Radzę używać kleju  który po zetknięciu klejonych części daje manewrować klejonym materiałem. Butapren i jemu podobne odpadają.


Kiedy wyschło to dorobiłem denko wchodzące na wcisk, dodatkowo nałożyłem na nie klej. Powinno być bardzo ściśle spasowane z korą. Pozostało dorobić wieczko.Wykonałem je z drewna, choć pewnie lepsze było by z korka. Ma ono kształt stożka eliptycznego, ze względu na to, że kora może się ciut rozciągnąć podczas używania , wtedy wcisnę głębiej korek. Dorobiłem uszko ze skóry. Zrobiłem dziurę , nałożyłem kleju, wcisnąłem skórę i od spodu dałem drewniany klin zapaćkany klejem. Po wyschnięciu wyrównałem. 
 Do spodu wieczka przykleiłem draskę i zaimpregnowałem drewniane korki , pudełeczko było gotowe.
Uzyskałem całkiem przyzwoitą wodoodporność, deszcz czy krótkie pływanie nic mu nie zrobią. Pojemniczek jest zrobiony w formie walca eliptycznego, wolę taki kształt niż standardowy walec, poza tym mogłem przykleić przyzwoitej długości draskę. Pewnie łatwiej było by go wykonać w formie walca kołowego prostego, ponieważ  mniej pracy kosztowałoby dorobienie denka i wieczka.


czwartek, 14 czerwca 2012

Rozszczepianie drewna przy pomocy piły.

Można rozszczepić całkiem grube kołki mając do pomocy tylko piłę. Jest to bardzo proste, wystarczy  naciąć klocek na środku do połowy jego grubości.
Teraz trzeba uderzać końcem kołka o coś twardego, nacięcie powinno być skierowane do nas.Powinna odpaść najpierw jedna połowa. Zmieniamy wtedy stronę i uderzamy przeciwległą.Czyli tą która ma odpaść.

Jest to całkiem przyjemna metoda łupania drewna do czasu aż nie trafimy na kołek który ma sporo sęków. Wtedy trzeba  sporo razy uderzyć aby się rozszczepił.

środa, 13 czerwca 2012

Rozszczepianie kłód przy pomocy filigranowego toporka

Przemierzając leśne ostępy mamy przy sobie co najwyżej  niewielkich rozmiarów toporek. Może się zdarzyć  tak, że z jakiegoś powodu będziemy chcieli rozłupać słusznych rozmiarów kłodę. Można sobie z nią z poradzić bez problemu naszą filigranową siekierką.
  Należy przygotować kliny, najlepiej z twardego i suchego drewna. Wystarczą trzy albo cztery, długości około 20cm. Przyda się też kołek, którym w pierwszej fazie będziemy dobijać toporek.

Zaczynamy od wbicia siekiery od czoła bala, wybieramy największy sęk i tak wbijamy toporek , aby linia rozszczepienia  szła wzdłuż niego, sęki o wiele łatwiej rozłupać wzdłuż niż w poprzek. Jeżeli widać pęknięcie można je wykorzystać.Dobijamy toporek, obok w powstałom szczelinę wbijamy pierwszy klin, kiedy dobijemy go tak , że siekierka będzie luźna wyciągamy ją , teraz będzie służyć nam jako młotek.  Obok pierwszego wbijamy drugi klin
Po zluzowaniu się pierwszego klina, wbijamy go od góry, zanim następny. Tak po kolei "idziemy"  klinami aż dojdziemy do końca kłody i ją rozłupiemy.
 Może się zdarzyć, że pomimo dojścia z klinami do końca , nie rozłupiemy kłody , może na przykład trzymać jakiś sęk. Wtedy próbujemy go przerąbać toporkiem , jeśli to nie wychodzi to odwracamy bal na druga stronę i powtarzamy zabawę z klinami. Tą techniką możemy rozłupywać nawet sporych rozmiarów kłody.


niedziela, 10 czerwca 2012

Pojemnik z kory - gotowanie wody

Jakiś czas temu trafiłem na informację , że w krainie cedrów Indianie szeroko wykorzystywali ich korę, robili z niej różne pojemniki, czerpaki, koszyki, koce, ubrania nawet kołyski dla dzieci. Jako,że u nas nie występują w naturze cedry to postanowiłem poeksperymentować z jego kuzynami z rodziny sosnowatych i wykonać pojemnik w którym mógłbym zagotować wodę. Na pierwszy ogień poszła pospolita sosna, nie zachwyciła mnie, miałem duże problemy aby ściągnąć odpowiedni kawałek kory. Podchodziłem do to tego kilka razy, jednak zawsze kora pękała, pomimo, że ściągałem bardzo powoli i maksymalnie uważałem by jej nie uszkodzić. Wziąłem się za świerk. Znalazłem na bagnistym terenie świeżo powalone drzewo, igły były jeszcze zielone. Ściąganie świerkowej kory to sama przyjemność. Trzeba się  mocno postarać aby ją uszkodzić. Wiosną i latem będzie schodzić bardzo fajnie, gorzej będzie jesienią i zimą.
                                   
Postanowiłem pocieniować trochę korę aby była bardziej plastyczna, zwinąłem ją  w rulon i zestrugałem zewnętrzna warstwę, zostawiając łyko.Świerkowa kora okazała się doskonałym materiałem na pojemnik jaki chciałem wykonać.
  Prace  zaczynamy od wygięcia końców  w "harmonijkę" (obrazują to zdjęcia poniżej), będą je trzymać "klamerki" w postaci drewnianych kołeczków. Związujemy  mocno na końcach , jeśli mamy kołeczki  które na jednym końcu mają sęczki wystarczy przewiązać tylko ze strony bezsęcznej. Nasze klamerki silnie trzymają ścianki,  woda nie będzie wyciekać. Łyko z wierzchu może pęknąć , jednak od środka nie powinno.

                                 
                                 
                                 
                                 
Taki pojemnik można wykonać też z innego rodzaju kory.Warto pokombinować i próbować wykorzystywać materiały które mamy pod ręką. Do związania można użyć mnóstwa rzeczy.Korzenie iglaków, elastyczne witki, pożółkłe jeżyny czy maliny świetnie się do tego nadadzą. Woda jak widać powyżej zagotowała się , jednak jej smak był  niezbyt dobry ,  była gorzka i dało się czuć wyraźny  posmak żywicy. Technika ściągania kory jest opisana dokładnie w poprzednich moich wpisach dotyczących pojemników.

piątek, 8 czerwca 2012

Ognisko zwiadowcy

 Palenie takiego ogniska może się źle skończyć, można się podpalić albo zaczadzić.

Podobno kiedy indiańscy zwiadowcy wypuszczali się na tereny wroga, palili mini ogniska, których nie było widać. Dzięki nim potrafili przetrwać zimowe noce.Gotowali, piekli, suszyli i ogrzewali się za ich pomocą. Chciałbym zaprezentować właśnie takie ognisko.
 Zaczynamy od znalezienia miejsca. Powinno  być ono osłonięte od wiatru, czyli gęsta roślinność , krzaki itp.  Musi znajdować się tam drzewo, pod którym usiądziemy i oprzemy o nie  plecy, da nam to izolację tyłu i wygodniejsze siedzenie.Ustawiamy się względem wiatru tak aby wiał od nas. Siadamy, najlepiej na czymś co odizoluje nas od ziemi, jest to bardzo ważne, ponieważ duża część ciepła ucieka poprzez kontakt z podłożem. Podkurczamy kolana ( widać to na zdjęciu poniżej). Kopiemy dołek o średnicy mniej więcej pięści i głębokości 10-15cm,  ma się znajdować pomiędzy naszymi nogami.
                                       
W takim dołku palimy drobnym chrustem , najlepiej z twardego drewna takiego jak np. Dąb, grab, wiąz czy buk Dlatego , że te gatunki dają dużo ciepła a mały płomień. Aby ognisko wytwarzało znikomą ilość dymu należy palić drobno połamanymi , suchymi i okorowanymi patyczkami.Gdy ogień już płonie okrywamy siebie i ognisko kocem , pałatką czy czymś podobnym.
                                     
 Cała sztuka  polega na umiejętnym utrzymaniu płomienia oraz na jak najmniejszej ilości dymu.Wbrew pozorom trzeba sporo praktyki aby osiągnąć te dwa cele. Warto poćwiczyć , bo takie ognisko jest bardzo  efektywne, ogrzewa nasze tętnice udowe, do tego zmniejszone są straty ciepła  w porównaniu z tradycyjnym ogniem, potrzeba niewiele opału który można pozyskać bez żadnych narzędzi, świetnie grzeje , znacznie lepiej niż tradycyjne ognisko i jesteśmy niewidoczni. Bardzo łatwo zamaskować miejsce po nim. W dołku zbiera się sporo żaru, ze względu na utrudniony dostęp tlenu. Można na nim świetnie piec czy smażyć. Nie ma jednak co marzyć o porządnym śnie, będą to raczej krótkie drzemki , przerywane dorzucaniem opału. Zresztą przy tradycyjnej watrze też się nie wyśpimy, no chyba , że będzie to nodia. Zamiast ogniska , można użyć do ogrzania świeczkę albo kilku na raz.
Inna wersja  zakłada dodanie podłużnej bruzdy długości jakiś 15 cm która schodzi pochyło do dołka, dostarczając tlen do paleniska. Poniższy szkic powinien wyjaśnić wszystko.







środa, 6 czerwca 2012

Tuba z kory- gotowanie wody

Ta metoda daje dość duże pole manewru jeśli chodzi o materiał. Można wykorzystać korę  z wielu gatunków drzew np.  wierzby którą ja wykorzystałem, topoli, lipy, wiązu, klonu, jesionu itd. 
Przystępujemy do pracy, ściągamy korę( opisałem to tu: http://puszczanstwo.blogspot.com/2010/08/pojemniki-z-kory.html ) i wycinamy dwa "korki" 5-7 centymetrowej długości. Możemy zrobić je z gałęzi z której właśnie ściągnęliśmy korę, albo jeszcze lepiej z suchego konara o większej średnicy. Wtedy nasza tuba bardziej będzie przypominać miskę, poza tym suche drewno po namoknięciu mocniej spuchnie od świeżego, co da lepsze uszczelnienie połączenia.
Wkładamy  korki, powinny znajdować się na końcach naszej tuby. Mocno obwiązujemy, najlepiej drutem. Ja wykorzystałem zwykły sznurek jutowy. Widziałem też przewiązane czerwoną wikliną ( można to zobaczyć tu: http://puszczanstwo.blogspot.com/2010/05/warsztaty-technik-przetrwania-2010.html ). Myślę że zżółkłe pędy jeżyn czy korzenie drzew iglastych też by się świetnie nadawały. Trzeba pamiętać , że świeże naturalne materiały się kurczą podczas wysychania, a tym samym luzują. Aby jeszcze bardziej naprężyć wiązanie można  wbić kliny. 
Zastosowany prze zemnie sznurek wymagał tego aby płomienie go nie dotykały. Dlatego wykopałem mały dołek i położyłem dwa kawałki betonu , zostawiając niewielką szczelinę. Jeżeli użyłbym innego materiału  np świeżej giętkiej gałązki, to nie kombinowałbym tak a podwiesił nad ogniem , nie przepaliła by się do czasu zagotowania wody. 


Wiosną i latem najłatwiej się ściąga korę , jesienią czy zimą jest to bardzo trudne a czasami niewykonalne. Moim zdaniem lepiej zrobić dłuższą tubę o mniejszej średnicy niż krótszą o większej. Można wtedy ściągnąć korę z gałęzi  a nie pnia nie szkodząc zbytnio drzewu, łatwiej ustawić nad ogniem by płomienie nie lizały  wiązania. Do tego z mniejszej gałęzi kora jest cieńsza tym samym można ją bardziej dopasować do korka. 
Jeśli delikatnie kapie z miejsca połączenia korka z korą nie ma się co przejmować , drewno jak napęcznieje to uszczelni połączenie,  nawet jeśli nie to czas doprowadzenia wody do wrzenia nie trwa tak długo aby znacząca ilość uciekła. Woda taka po zagotowaniu jest gorzka i można śmiało nazwać ją naparem, w zależności od wykorzystanej kory będzie różnorakie właściwości lecznicze.