sobota, 24 grudnia 2011

Łuk wiązkowy


Wykonanie klasycznego łuku wymaga sporej wiedzy, odpowiedniego materiału oraz umiejętności pracy w drewnie. Łuk który chcę tu zaprezentować, nie wymaga wyszukanych umiejętności.
  Pracę zaczynamy od zbioru odpowiedniego materiału czyli kilku gałązek w miarę prostych, najlepiej z najmniejszą ilością  sęków. Według mnie, rośliną numer jeden jest bambus, jednak nie rośnie on w naszym klimacie. Trzeba radzić sobie  z dostępnym u nas materiałem. Jesion czy Robinia też będą świetne, dość dobra będzie  Leszczyna z której najłatwiej pozyskać odpowiedni materiał.
Wykonanie jest banalnie proste, związujemy ze sobą patyki, raz grubszym końcem z prawej strony raz z lewej. Każda z dodawanych gałązek powinna być krótsza od poprzedniej. Można też, jeśli mamy cienkie gałązki skracać np co drugą. Trzeba to dość mocno razem związać, i na koniec przewiązać w miejscu gdzie będziemy trzymać rękę. Taki łuk nie koniecznie będzie symetryczny, więc po założeniu cięciwy sprawdzamy w którym miejscu trzymając rękę, oba ramiona wyginają się symetrycznie  i tam własnie będziemy go trzymać przy strzelaniu. Na improwizowaną cięciwę według mnie najlepiej zastosować gęsto plecioną, niezbyt grubą nylonową linkę.


Łuk powyżej wykonałem z czterech świeżych nie sezonowanych leszczynowych prętów, długość jego to coś koło 170cm. Praca we dwóch zajęła dosłownie chwilę. Improwizowane strzały wykonane na poczekaniu, leciały na około 30 metrów. Siła naciągu była spora jednak brakło mu trochę sprężystości. Był trochę ciężkawy. Uważam , że wprawiony łucznik spokojnie upolowałby z takiego łuku mniejsze zwierzęta np. królika , bażanta,  przy bardzo bliskim podejściu może i niedużą sarnę. Łuk kiedy drewno wyschło zyskał na sprężystości , jednak stracił na sile naciągu. Takie łuki są wykorzystywane , lub były do niedawna w Azji , czego dowodem jest pierwsze zdjęcie.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Zagotować wodę w brzozowej korze.

Najwięcej problemu  może przysporzyć zdobycie odpowiedniej kory. Trzeba ściągnąć całkiem spory płat aby zrobić przyzwoitej pojemności naczynie. W naszej ukochanej Polsce występują różne gatunki brzozy , jednak nie ten z którego można z łatwością sciagać arkusze wielkości rozłożonej mapy. O ściąganiu kory wspomniałem tu: http://puszczanstwo.blogspot.com/2010/08/pojemniki-z-kory.html
 Korę brzozową można też ściągać wtedy kiedy drzewo jest martwe. Polana wrzątkiem trochę lżej schodzi. Poniżej rycina z książki " Bushcraft " Morsa Kochańskiego
Zauważyłem , że niektóre drzewa mają bardzo cienką korę, którą źle się ściąga, lub jest to wręcz niemożliwe. Z innych schodzi bez problemowo i kora jest gruba. Nie wiem czym jest to spowodowane , może gatunkiem brzozy. Chociaż z drugiej strony ostatnio będąc w lesie , gdzie wichura powaliła mnóstwo brzóz, ściągałem z dwóch drzew, które przed powaleniem rosły kilka metrów od siebie.Były w tym samym wieku  oraz na oko wyglądały na ten sam gatunek ( ale ręki uciąć sobie za to nie dam). Z jednej z nich kora schodziła pięknie, z drugiej nie mogłem ściągnąć.
Mamy już korę teraz czas na wykonanie pojemnika.
Składamy ją po przekątnej i podgrzewamy, kiedy  jest ciepła (a wręcz gorąca)  robi się bardziej miękka, tym samym  mniej podatna na pękanie. Składamy dlatego iż po podgrzaniu ma tendencje do zwijania się , kiedy złożymy tak jak na zdjęciu poniżej , ten problem nie występuje. Wykonywałem naczynia nie podgrzewając kory , ale zdarzyło się , że raz mi kora pękła.
Zaginamy róg do tyłu tak jak pokazuje zdjęcia poniżej


Po zagięciu przymocowujemy kawałkiem rozszczepionego kołeczka, trzyma on na takiej samej zasadzie, jak klamerka którą mocujemy pranie do sznurka. Najlepiej aby kołeczek miał odrosty w postaci gałązek, wtedy nie musimy być długi, ponieważ sęczki zapobiegną nadmiernemu rozszczepieniu oraz będą powodowały mocne trzymanie.  Można go po nałożeniu dodatkowo związać. 




Nasz pojemnik gotowy, więc czas na gotowanie. Wypróbowałem dwa sposoby. Pierwszy to położenie bezpośrednio na żar

Jednak ta metoda mnie nie zachwyciła. kora jak widać powyżej stała się miękka i zaczęła schodzić się do środka. Tym samym woda wyciekała. Do tego ta część kory która była powyżej lustra wody opalała się i woda trochę wyciekała,moim zdaniem to strata czasu, ponieważ trzeba mieć sporo praktyki aby wykorzystywać ten sposób efektywnie, nie wspominając o pilnowaniu i podsypywaniu żaru pod spód
Drugą możliwością jest podwieszenie nad ogniem
Ten sposób dał mi  zadowalające efekty, jak widać na zdjęciu jest rozpórka na wcisk, aby kora nie schodziła się do środka. Miałem kołeczki które naprawdę mocno trzymały, właśnie dzięki sękom( dzięki Staszku) i mogłem do nich bezpośrednio przymocować pętle, co znacznie uprościło podwieszanie. Inaczej musiałbym robić dziurki w korze i przez nie przewlec korzeń  sosnowy, który służył mi za "pałąk". Osobiście wolę naczynia z wysokimi ściankami. Dobrze przy podwieszaniu zastosować wieszak który ma regulowaną wysokość, znacznie ułatwi to sprawę ,lub trzymać na kijku jak kiełbaskę , dlatego , że część ścianki która znajduje się powyżej lustra wody przypala się jeśli płomienie jej dosięgają. Woda po zagotowaniu ma drewniany smak;)
 Bawiąc się w takie rzeczy, inaczej spojrzymy na metalowe garnki. Teraz nie dziwi mnie, dlaczego ludzie dawniej otaczali takim szacunkiem i troską swoje miedziane kociołki,  nie zdajemy sobie sprawy jak wielką dobrocią są metalowe naczynia.

niedziela, 4 grudnia 2011

Łuk ogniowy w mokry dzień.

Kiedyś rozmawiałem z pewnym człowiekiem, który twierdził , że jest specjalistą w świdrowaniu. Wymieniał mnóstwo gatunków drzew, różne sposoby i patenty. Jak się okazało, próby przeprowadzał w suchym lecie lub w domowych pieleszach, materiał miał wcześniej przygotowany. Jednak kiedy było mokro nie radził sobie wcale. Tak się zacząłem zastanawiać kiedy można twierdzić, że pojęło się w pełni tą sztukę. Znając milion sposobów czy jeden ale wytrenowany tak aby działał zawsze. Każdy powinien odpowiedzieć sobie na to w duchu. Dzisiaj chciałbym zaprezentować jak udało mi się uzyskać ogień metodą łuku ogniowego w mokry dzień, po sporych opadach. Dla podniesienia sobie stopnia trudności postanowiłem, że oprócz sznurka, posłużę się tylko scyzorykiem Victorinox, dokładnie modelem Hunter.
Zacząłem od przygotowania rozpałki w której miałem rozdmuchać żar. Sprawdzałem szczyty traw, które szybko wysychają na wietrze , były mokre, podkorze uschniętych drzew również. Szperałem w  szczelinach i dziuplach aby znaleźć coś suchego, jednak nie miałem szczęścia. Została mi  niezawodna rozpałka. Wymaga trochę czasu aby ją przygotować, ale efekt jest wart tego, mianowicie są to cieniutkie jak papier wiórki drzewne. Strugałem uschniętą gałąź aż dostałem się do jej suchego wnętrza. Taka gałąź czy też małe drzewko nie może  leżeć na ziemi , musi stać albo zwisać. Najlepiej jak nie ma kory, ponieważ pod nią utrzymuje się wilgoć jeszcze długo po opadach. Kiedy przygotowałem dość wiórków (po ściśnięciu była ich cała garść), zacząłem je rozcierać pomiędzy rękami, by  je rozdrobnić , tak aby odstawały włókna grubości nitek. Na zdjęciu widać roztarte wiórki po lewej i świeżo po struganiu po prawej. Leżą ona na worku aby nie łapały wilgoci.
Teraz dopiero nadszedł czas na przygotowanie zestawu do łuku ogniowego. Zrobiłem tak samo jak z wiórkami. Znalazłem stojące uschnięte drzewko i wziąłem kawałem gdzie nie było kory. Mniej więcej w połowie drzewa jest jego najsuchsze  miejsce, dlatego , że od ziemi wilgoć wędruje w górę , a od góry najbardziej jest wystawione na deszcz. Najlepiej szukać suchych odrostów które idą prostopadle ku górze przy samym pniu żywego drzewa( korona w jakimś tam stopniu chroni przed deszczem)  Wybierać miękkie gatunki takie jak : lipa, wierzba, topola, świerk.  Bez strugania się nie obyło, trzeba było dostać się do suchego środka.
Pomimo tak starannego przygotowania , za pierwszym razem mi nie wyszło w drewnie była jakaś wilgoć, podchodziłem kilka razy, z każdym razem drewno było bardziej suche, aż w końcu osiągnąłem sukces, musiałem mocniej docisnąć świder i szybciej kręcić, niż wtedy kiedy mam całkowicie suchy materiał.
Moim zdaniem, nie jest to wcale taka łatwa sprawa jak się niektórym wydaje. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć, w coraz gorszych warunkach, aby można było powiedzieć , że umie się tą technikę naprawdę. Nie ma też oczywiście co rzucać się na głęboką wodę. Poziom trudności należy sobie stopniowo zwiększać.  Pomimo lat praktyki może czasem nie wyjść, szczęście też gra tu jakąś role , może minąć sporo godzin , zanim znajdziemy odpowiedni materiał.
Na ostatnim wypadzie wypróbowałem coś nowego. Mianowicie wziąłem wilgotnego świerka i zrobiłem z niego zestaw do niecenia ognia. Na celu miałem wypróbowanie nowej techniki . Polega ona na tym, iż wiercimy pierwszy otwór robimy nacięcie v , teraz nie próbujemy uzyskać żaru od razu, świdrujemy do czasu aż pojawi się pierwszy dymek , przerywamy unosimy świder z nad gniazda i czekamy chwilę, aż trochę przestygnie . Powtarzamy tą czynność z 5-10 minut , może i więcej nawet, zależy od tego jak wilgotny mamy materiał. Powoduje to osuszanie naszego zestawu. Po tym możemy wsiąść się za produkcję żaru. Jak się okazało ta technika dała świetne rezultaty, bez problemu uzyskałem żar. Na początku świerk był na tyle wilgotny ,że nie mogłem uzyskać nawet brązowego proszku , po jakimś czasie uzyskałem sporą grudę żaru.



.