niedziela, 4 grudnia 2011

Łuk ogniowy w mokry dzień.

Kiedyś rozmawiałem z pewnym człowiekiem, który twierdził , że jest specjalistą w świdrowaniu. Wymieniał mnóstwo gatunków drzew, różne sposoby i patenty. Jak się okazało, próby przeprowadzał w suchym lecie lub w domowych pieleszach, materiał miał wcześniej przygotowany. Jednak kiedy było mokro nie radził sobie wcale. Tak się zacząłem zastanawiać kiedy można twierdzić, że pojęło się w pełni tą sztukę. Znając milion sposobów czy jeden ale wytrenowany tak aby działał zawsze. Każdy powinien odpowiedzieć sobie na to w duchu. Dzisiaj chciałbym zaprezentować jak udało mi się uzyskać ogień metodą łuku ogniowego w mokry dzień, po sporych opadach. Dla podniesienia sobie stopnia trudności postanowiłem, że oprócz sznurka, posłużę się tylko scyzorykiem Victorinox, dokładnie modelem Hunter.
Zacząłem od przygotowania rozpałki w której miałem rozdmuchać żar. Sprawdzałem szczyty traw, które szybko wysychają na wietrze , były mokre, podkorze uschniętych drzew również. Szperałem w  szczelinach i dziuplach aby znaleźć coś suchego, jednak nie miałem szczęścia. Została mi  niezawodna rozpałka. Wymaga trochę czasu aby ją przygotować, ale efekt jest wart tego, mianowicie są to cieniutkie jak papier wiórki drzewne. Strugałem uschniętą gałąź aż dostałem się do jej suchego wnętrza. Taka gałąź czy też małe drzewko nie może  leżeć na ziemi , musi stać albo zwisać. Najlepiej jak nie ma kory, ponieważ pod nią utrzymuje się wilgoć jeszcze długo po opadach. Kiedy przygotowałem dość wiórków (po ściśnięciu była ich cała garść), zacząłem je rozcierać pomiędzy rękami, by  je rozdrobnić , tak aby odstawały włókna grubości nitek. Na zdjęciu widać roztarte wiórki po lewej i świeżo po struganiu po prawej. Leżą ona na worku aby nie łapały wilgoci.
Teraz dopiero nadszedł czas na przygotowanie zestawu do łuku ogniowego. Zrobiłem tak samo jak z wiórkami. Znalazłem stojące uschnięte drzewko i wziąłem kawałem gdzie nie było kory. Mniej więcej w połowie drzewa jest jego najsuchsze  miejsce, dlatego , że od ziemi wilgoć wędruje w górę , a od góry najbardziej jest wystawione na deszcz. Najlepiej szukać suchych odrostów które idą prostopadle ku górze przy samym pniu żywego drzewa( korona w jakimś tam stopniu chroni przed deszczem)  Wybierać miękkie gatunki takie jak : lipa, wierzba, topola, świerk.  Bez strugania się nie obyło, trzeba było dostać się do suchego środka.
Pomimo tak starannego przygotowania , za pierwszym razem mi nie wyszło w drewnie była jakaś wilgoć, podchodziłem kilka razy, z każdym razem drewno było bardziej suche, aż w końcu osiągnąłem sukces, musiałem mocniej docisnąć świder i szybciej kręcić, niż wtedy kiedy mam całkowicie suchy materiał.
Moim zdaniem, nie jest to wcale taka łatwa sprawa jak się niektórym wydaje. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć, w coraz gorszych warunkach, aby można było powiedzieć , że umie się tą technikę naprawdę. Nie ma też oczywiście co rzucać się na głęboką wodę. Poziom trudności należy sobie stopniowo zwiększać.  Pomimo lat praktyki może czasem nie wyjść, szczęście też gra tu jakąś role , może minąć sporo godzin , zanim znajdziemy odpowiedni materiał.
Na ostatnim wypadzie wypróbowałem coś nowego. Mianowicie wziąłem wilgotnego świerka i zrobiłem z niego zestaw do niecenia ognia. Na celu miałem wypróbowanie nowej techniki . Polega ona na tym, iż wiercimy pierwszy otwór robimy nacięcie v , teraz nie próbujemy uzyskać żaru od razu, świdrujemy do czasu aż pojawi się pierwszy dymek , przerywamy unosimy świder z nad gniazda i czekamy chwilę, aż trochę przestygnie . Powtarzamy tą czynność z 5-10 minut , może i więcej nawet, zależy od tego jak wilgotny mamy materiał. Powoduje to osuszanie naszego zestawu. Po tym możemy wsiąść się za produkcję żaru. Jak się okazało ta technika dała świetne rezultaty, bez problemu uzyskałem żar. Na początku świerk był na tyle wilgotny ,że nie mogłem uzyskać nawet brązowego proszku , po jakimś czasie uzyskałem sporą grudę żaru.



.

6 komentarzy:

Staszek pisze...

Marcin, twoje i Zdybiego opisy technik prymitywnych są cenniejsze od książek. Bo książki często powielają utarte i błędne schematy. A najlepsze książki - Mearsa i Kochańskiego nie opisują szczegółowo wszystkiego. A przysłowie "Diabeł tkwi w szczegółach" w survivalu sprawdza się prawie na każdym kroku.

Życzę powodzenia i z niecierpliwością czekam na następne opisy.

Dąb pisze...

Dziękuje Staszku, ale chyba trochę przeceniasz te opisy. Co do jednego jednak mogę się zgodzić, większość książek jest pisanych dość schematycznie, czasem ma się wrażenie ,że autor nie do końca wie o czym pisze i aby to ukryć, opisuje dany temat bardzo ogólnie. Mi brakuje właśnie takich książek które idą trochę dalej i bardziej zagłębiają się w temat, wchodzą głębiej niż początkowe fazy nauki. Dlatego tak bardzo cenię Kochańskiego, on nie pisze ogólników.

Zdybi pisze...

Konkretny tekst bracie!
Wiem o czym piszesz, bo często też miałem przypadki, że nie udało mi się za pierwszym razem uzyskać żaru z materiału prosto z lasu. Szczególnie gdy wcześniej lało.
W sumie to pamiętam, że najlepiej spisywał mi się w mokry dzień jesion, suchy, stojący ale w korze. Ma korę jakby "śliską", skórzastą.Nie chłonie tak wody, myślę...

wolfshadow pisze...

Świetny opis. Jak widać sprawdza się powiedzenie, iż człowiek uczy się przez całe życie. Pamiętam jeszcze listopadowe kręcenie zestawem z leszczyny nad Długą w 2009. Gratuluję Marcinie.

Dąb pisze...

Tak Wolfie, człowiek uczy się całe życie a i tak głupi umiera, dlatego śmieszą mnie ludzie którzy myślą , że już wszystko wiedzą w danej dziedzinie.

Anonimowy pisze...

Ekstra blog.
Ja powoli wkręcam się w tematykę,dlatego dobrze wiedzieć ze są takie strony jak ta,pełne rzetelnej wiedzy.

Pozdrawiam!