Cała tajemnica wiedzy puszczańskiej,tkwi tylko i wyłącznie w chęci jej zdobycia. Nie są potrzebne do tego niezmierzone odmęty pierwotnej puszczy. Nie jest potrzebny super sprzęt czy ubranie rodem z kosmicznych technologi. Wystarczy chcieć,oglądać,czytać i próbować. Nie zrażać się niepowodzeniami. Proste- ale to cała tajemnica. Szkoda,że większość adeptów leśnej ścieżki nie potrafi tego zrozumieć...
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Aktualizacja wpisu łuk ogniowy w mokry dzień.
Dodałem co nieco , do tego wpisu http://puszczanstwo.blogspot.com/2011/12/uk-ogniowy-w-mokry-dzien.html
sobota, 24 grudnia 2011
Łuk wiązkowy
Wykonanie klasycznego łuku wymaga sporej wiedzy, odpowiedniego materiału oraz umiejętności pracy w drewnie. Łuk który chcę tu zaprezentować, nie wymaga wyszukanych umiejętności.
Pracę zaczynamy od zbioru odpowiedniego materiału czyli kilku gałązek w miarę prostych, najlepiej z najmniejszą ilością sęków. Według mnie, rośliną numer jeden jest bambus, jednak nie rośnie on w naszym klimacie. Trzeba radzić sobie z dostępnym u nas materiałem. Jesion czy Robinia też będą świetne, dość dobra będzie Leszczyna z której najłatwiej pozyskać odpowiedni materiał.
Wykonanie jest banalnie proste, związujemy ze sobą patyki, raz grubszym końcem z prawej strony raz z lewej. Każda z dodawanych gałązek powinna być krótsza od poprzedniej. Można też, jeśli mamy cienkie gałązki skracać np co drugą. Trzeba to dość mocno razem związać, i na koniec przewiązać w miejscu gdzie będziemy trzymać rękę. Taki łuk nie koniecznie będzie symetryczny, więc po założeniu cięciwy sprawdzamy w którym miejscu trzymając rękę, oba ramiona wyginają się symetrycznie i tam własnie będziemy go trzymać przy strzelaniu. Na improwizowaną cięciwę według mnie najlepiej zastosować gęsto plecioną, niezbyt grubą nylonową linkę.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Zagotować wodę w brzozowej korze.
Najwięcej problemu może przysporzyć zdobycie odpowiedniej kory. Trzeba ściągnąć całkiem spory płat aby zrobić przyzwoitej pojemności naczynie. W naszej ukochanej Polsce występują różne gatunki brzozy , jednak nie ten z którego można z łatwością sciagać arkusze wielkości rozłożonej mapy. O ściąganiu kory wspomniałem tu: http://puszczanstwo.blogspot.com/2010/08/pojemniki-z-kory.html
Korę brzozową można też ściągać wtedy kiedy drzewo jest martwe. Polana wrzątkiem trochę lżej schodzi. Poniżej rycina z książki " Bushcraft " Morsa Kochańskiego
Zauważyłem , że niektóre drzewa mają bardzo cienką korę, którą źle się ściąga, lub jest to wręcz niemożliwe. Z innych schodzi bez problemowo i kora jest gruba. Nie wiem czym jest to spowodowane , może gatunkiem brzozy. Chociaż z drugiej strony ostatnio będąc w lesie , gdzie wichura powaliła mnóstwo brzóz, ściągałem z dwóch drzew, które przed powaleniem rosły kilka metrów od siebie.Były w tym samym wieku oraz na oko wyglądały na ten sam gatunek ( ale ręki uciąć sobie za to nie dam). Z jednej z nich kora schodziła pięknie, z drugiej nie mogłem ściągnąć.
Mamy już korę teraz czas na wykonanie pojemnika.
Składamy ją po przekątnej i podgrzewamy, kiedy jest ciepła (a wręcz gorąca) robi się bardziej miękka, tym samym mniej podatna na pękanie. Składamy dlatego iż po podgrzaniu ma tendencje do zwijania się , kiedy złożymy tak jak na zdjęciu poniżej , ten problem nie występuje. Wykonywałem naczynia nie podgrzewając kory , ale zdarzyło się , że raz mi kora pękła.
Zaginamy róg do tyłu tak jak pokazuje zdjęcia poniżej
Jednak ta metoda mnie nie zachwyciła. kora jak widać powyżej stała się miękka i zaczęła schodzić się do środka. Tym samym woda wyciekała. Do tego ta część kory która była powyżej lustra wody opalała się i woda trochę wyciekała,moim zdaniem to strata czasu, ponieważ trzeba mieć sporo praktyki aby wykorzystywać ten sposób efektywnie, nie wspominając o pilnowaniu i podsypywaniu żaru pod spód
Drugą możliwością jest podwieszenie nad ogniem
Ten sposób dał mi zadowalające efekty, jak widać na zdjęciu jest rozpórka na wcisk, aby kora nie schodziła się do środka. Miałem kołeczki które naprawdę mocno trzymały, właśnie dzięki sękom( dzięki Staszku) i mogłem do nich bezpośrednio przymocować pętle, co znacznie uprościło podwieszanie. Inaczej musiałbym robić dziurki w korze i przez nie przewlec korzeń sosnowy, który służył mi za "pałąk". Osobiście wolę naczynia z wysokimi ściankami. Dobrze przy podwieszaniu zastosować wieszak który ma regulowaną wysokość, znacznie ułatwi to sprawę ,lub trzymać na kijku jak kiełbaskę , dlatego , że część ścianki która znajduje się powyżej lustra wody przypala się jeśli płomienie jej dosięgają. Woda po zagotowaniu ma drewniany smak;)
Bawiąc się w takie rzeczy, inaczej spojrzymy na metalowe garnki. Teraz nie dziwi mnie, dlaczego ludzie dawniej otaczali takim szacunkiem i troską swoje miedziane kociołki, nie zdajemy sobie sprawy jak wielką dobrocią są metalowe naczynia.
Korę brzozową można też ściągać wtedy kiedy drzewo jest martwe. Polana wrzątkiem trochę lżej schodzi. Poniżej rycina z książki " Bushcraft " Morsa Kochańskiego
Zauważyłem , że niektóre drzewa mają bardzo cienką korę, którą źle się ściąga, lub jest to wręcz niemożliwe. Z innych schodzi bez problemowo i kora jest gruba. Nie wiem czym jest to spowodowane , może gatunkiem brzozy. Chociaż z drugiej strony ostatnio będąc w lesie , gdzie wichura powaliła mnóstwo brzóz, ściągałem z dwóch drzew, które przed powaleniem rosły kilka metrów od siebie.Były w tym samym wieku oraz na oko wyglądały na ten sam gatunek ( ale ręki uciąć sobie za to nie dam). Z jednej z nich kora schodziła pięknie, z drugiej nie mogłem ściągnąć.
Mamy już korę teraz czas na wykonanie pojemnika.
Składamy ją po przekątnej i podgrzewamy, kiedy jest ciepła (a wręcz gorąca) robi się bardziej miękka, tym samym mniej podatna na pękanie. Składamy dlatego iż po podgrzaniu ma tendencje do zwijania się , kiedy złożymy tak jak na zdjęciu poniżej , ten problem nie występuje. Wykonywałem naczynia nie podgrzewając kory , ale zdarzyło się , że raz mi kora pękła.
Zaginamy róg do tyłu tak jak pokazuje zdjęcia poniżej
Po zagięciu przymocowujemy kawałkiem rozszczepionego kołeczka, trzyma on na takiej samej zasadzie, jak klamerka którą mocujemy pranie do sznurka. Najlepiej aby kołeczek miał odrosty w postaci gałązek, wtedy nie musimy być długi, ponieważ sęczki zapobiegną nadmiernemu rozszczepieniu oraz będą powodowały mocne trzymanie. Można go po nałożeniu dodatkowo związać.
Nasz pojemnik gotowy, więc czas na gotowanie. Wypróbowałem dwa sposoby. Pierwszy to położenie bezpośrednio na żar
Drugą możliwością jest podwieszenie nad ogniem
Ten sposób dał mi zadowalające efekty, jak widać na zdjęciu jest rozpórka na wcisk, aby kora nie schodziła się do środka. Miałem kołeczki które naprawdę mocno trzymały, właśnie dzięki sękom( dzięki Staszku) i mogłem do nich bezpośrednio przymocować pętle, co znacznie uprościło podwieszanie. Inaczej musiałbym robić dziurki w korze i przez nie przewlec korzeń sosnowy, który służył mi za "pałąk". Osobiście wolę naczynia z wysokimi ściankami. Dobrze przy podwieszaniu zastosować wieszak który ma regulowaną wysokość, znacznie ułatwi to sprawę ,lub trzymać na kijku jak kiełbaskę , dlatego , że część ścianki która znajduje się powyżej lustra wody przypala się jeśli płomienie jej dosięgają. Woda po zagotowaniu ma drewniany smak;)
Bawiąc się w takie rzeczy, inaczej spojrzymy na metalowe garnki. Teraz nie dziwi mnie, dlaczego ludzie dawniej otaczali takim szacunkiem i troską swoje miedziane kociołki, nie zdajemy sobie sprawy jak wielką dobrocią są metalowe naczynia.
niedziela, 4 grudnia 2011
Łuk ogniowy w mokry dzień.
Kiedyś rozmawiałem z pewnym człowiekiem, który twierdził , że jest specjalistą w świdrowaniu. Wymieniał mnóstwo gatunków drzew, różne sposoby i patenty. Jak się okazało, próby przeprowadzał w suchym lecie lub w domowych pieleszach, materiał miał wcześniej przygotowany. Jednak kiedy było mokro nie radził sobie wcale. Tak się zacząłem zastanawiać kiedy można twierdzić, że pojęło się w pełni tą sztukę. Znając milion sposobów czy jeden ale wytrenowany tak aby działał zawsze. Każdy powinien odpowiedzieć sobie na to w duchu. Dzisiaj chciałbym zaprezentować jak udało mi się uzyskać ogień metodą łuku ogniowego w mokry dzień, po sporych opadach. Dla podniesienia sobie stopnia trudności postanowiłem, że oprócz sznurka, posłużę się tylko scyzorykiem Victorinox, dokładnie modelem Hunter.
Zacząłem od przygotowania rozpałki w której miałem rozdmuchać żar. Sprawdzałem szczyty traw, które szybko wysychają na wietrze , były mokre, podkorze uschniętych drzew również. Szperałem w szczelinach i dziuplach aby znaleźć coś suchego, jednak nie miałem szczęścia. Została mi niezawodna rozpałka. Wymaga trochę czasu aby ją przygotować, ale efekt jest wart tego, mianowicie są to cieniutkie jak papier wiórki drzewne. Strugałem uschniętą gałąź aż dostałem się do jej suchego wnętrza. Taka gałąź czy też małe drzewko nie może leżeć na ziemi , musi stać albo zwisać. Najlepiej jak nie ma kory, ponieważ pod nią utrzymuje się wilgoć jeszcze długo po opadach. Kiedy przygotowałem dość wiórków (po ściśnięciu była ich cała garść), zacząłem je rozcierać pomiędzy rękami, by je rozdrobnić , tak aby odstawały włókna grubości nitek. Na zdjęciu widać roztarte wiórki po lewej i świeżo po struganiu po prawej. Leżą ona na worku aby nie łapały wilgoci.
.
Zacząłem od przygotowania rozpałki w której miałem rozdmuchać żar. Sprawdzałem szczyty traw, które szybko wysychają na wietrze , były mokre, podkorze uschniętych drzew również. Szperałem w szczelinach i dziuplach aby znaleźć coś suchego, jednak nie miałem szczęścia. Została mi niezawodna rozpałka. Wymaga trochę czasu aby ją przygotować, ale efekt jest wart tego, mianowicie są to cieniutkie jak papier wiórki drzewne. Strugałem uschniętą gałąź aż dostałem się do jej suchego wnętrza. Taka gałąź czy też małe drzewko nie może leżeć na ziemi , musi stać albo zwisać. Najlepiej jak nie ma kory, ponieważ pod nią utrzymuje się wilgoć jeszcze długo po opadach. Kiedy przygotowałem dość wiórków (po ściśnięciu była ich cała garść), zacząłem je rozcierać pomiędzy rękami, by je rozdrobnić , tak aby odstawały włókna grubości nitek. Na zdjęciu widać roztarte wiórki po lewej i świeżo po struganiu po prawej. Leżą ona na worku aby nie łapały wilgoci.
Teraz dopiero nadszedł czas na przygotowanie zestawu do łuku ogniowego. Zrobiłem tak samo jak z wiórkami. Znalazłem stojące uschnięte drzewko i wziąłem kawałem gdzie nie było kory. Mniej więcej w połowie drzewa jest jego najsuchsze miejsce, dlatego , że od ziemi wilgoć wędruje w górę , a od góry najbardziej jest wystawione na deszcz. Najlepiej szukać suchych odrostów które idą prostopadle ku górze przy samym pniu żywego drzewa( korona w jakimś tam stopniu chroni przed deszczem) Wybierać miękkie gatunki takie jak : lipa, wierzba, topola, świerk. Bez strugania się nie obyło, trzeba było dostać się do suchego środka.
Pomimo tak starannego przygotowania , za pierwszym razem mi nie wyszło w drewnie była jakaś wilgoć, podchodziłem kilka razy, z każdym razem drewno było bardziej suche, aż w końcu osiągnąłem sukces, musiałem mocniej docisnąć świder i szybciej kręcić, niż wtedy kiedy mam całkowicie suchy materiał.
Moim zdaniem, nie jest to wcale taka łatwa sprawa jak się niektórym wydaje. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć, w coraz gorszych warunkach, aby można było powiedzieć , że umie się tą technikę naprawdę. Nie ma też oczywiście co rzucać się na głęboką wodę. Poziom trudności należy sobie stopniowo zwiększać. Pomimo lat praktyki może czasem nie wyjść, szczęście też gra tu jakąś role , może minąć sporo godzin , zanim znajdziemy odpowiedni materiał.
Na ostatnim wypadzie wypróbowałem coś nowego. Mianowicie wziąłem wilgotnego świerka i zrobiłem z niego zestaw do niecenia ognia. Na celu miałem wypróbowanie nowej techniki . Polega ona na tym, iż wiercimy pierwszy otwór robimy nacięcie v , teraz nie próbujemy uzyskać żaru od razu, świdrujemy do czasu aż pojawi się pierwszy dymek , przerywamy unosimy świder z nad gniazda i czekamy chwilę, aż trochę przestygnie . Powtarzamy tą czynność z 5-10 minut , może i więcej nawet, zależy od tego jak wilgotny mamy materiał. Powoduje to osuszanie naszego zestawu. Po tym możemy wsiąść się za produkcję żaru. Jak się okazało ta technika dała świetne rezultaty, bez problemu uzyskałem żar. Na początku świerk był na tyle wilgotny ,że nie mogłem uzyskać nawet brązowego proszku , po jakimś czasie uzyskałem sporą grudę żaru.
.
środa, 30 listopada 2011
Spis treści
Blog coraz zasobniejszy, więc dodałem spis treści , jakby komuś odnośniki nie działały proszę pisać.
niedziela, 27 listopada 2011
Szałas dwuspadowy z opadająca kalenicą.
Pierwszą czynnością przy budowie szałasu jest wybór odpowiedniego miejsca, jest to nie mniej ważne niż sama konstrukcja. Rzeczy na które powinniśmy zwracać uwagę w pierwszej kolejności to dostęp do materiału z którego powinien być wykonany nasz szałas, najlepiej aby był kilka kroków od nas, wtedy zaoszczędzimy sporo czasu, gdyż nie będzie on wykorzystywany na transport. Drugą sprawą jest wybór odpowiedniego miejsca jak pod zwykłe obozowisko. Opisałem to tu:
http://puszczanstwo.blogspot.com/2008/06/wybur-miejsca-na-obozowisko.html
Gdy już wynajdziemy odpowiednie miejsce trzeba zastanowić się co jest priorytetem naszego szałasu. Jeśli ochrona głównie przed deszczem, wtedy kont pochylenia ścian-dachu powinien być spory 45-60 stopni. Im większy kąt tym gorsze poszycie wytrzyma dłużej nie przeciekając. Grawitacji się nie oszuka. Drugą sprawą jest grubość poszycia, jeśli wykorzystujemy materiał który możemy zebrać nie szkodząc przyrodzie czyli suche liście, trawę,paprotki, trzciny itp.Wtedy aby uzyskać przyzwoitą wodoodporność pokrycie powinno mieć przynajmniej 30m centymetrów grubości. Jeśli natomiast schronienie ma służyć głównie do odizolowania nas od zimna i co najwyżej lekkiego deszczu, wtedy kąty nie są aż tak ważne. Szałas powinien być jak najmniejszy, prawie jak trumna. Po położeniu się na posłaniu, naszą głowę od góry szałasu powinna dzielić długość naszej dłoni. Grubość poszycia jest tu też ważna im grubsze tym lepsza izolacja, 30cm będzie ok.
Zacznijmy od konstrukcji składa się ona z jednej grubej gałęzi którą możemy nazwać kalenicą oraz bocznymi patykami które nazwiemy krokwiami bocznymi. Wygląd głównej konstrukcji oraz sposoby "osadzenia" kalenicy na grafice poniżej , którą nieudolnie naszkicowałem;)
Według mnie najlepiej wykorzystać do tego drzewo, zamiast budować a-ramę, stracimy mniej energii, poza tym jeśli zbudujemy pod drzewem o zwartej koronie np świerkiem , będziemy mieli pierwszą warstę izolująca nas od czynników zewnętrznych. W gęstwinie jest zawsze odrobinę cieplej niż w starodrzewie czy otwartym terenie. trzeba też zwrócić uwagę na kierunek wiatru , by nie wiał w kierunku wejścia.Teraz budujemy "łóżko" izolacja od ziemi jest bardzo ważna. Po ściśnięciu powinno mieć około 10cm grubości. budujemy je z tego co jest pod ręka. Zaczynamy od sprężystych gałązek, dalej cienki chrust, suche liście, trawę bądź paprotki
Czas na boczne krokwie, zasada zachowania energii powinna być dla nas priorytetem. Więc zbieramy uschnięte gałęzie leżące na ziemi, które bez trudu złamiemy na kolanie , nie dewastujemy w ten sposób przyrody i do tego stracimy o wiele mniej kalorii, niż byśmy mieli ścinać i porcjować żywe.
Na zdjęciu powyżej widać, że krokwie nie wystają dużo ponad kalenice, jeśli było by inaczej i wystawały by za bardzo , w szczególności przez końcowe poszycie, przy dużym desczu woda ściekała by po nich do wnętrza schronienia. Krokwie najpierw wciskamy w ziemię i dopiero opieramy o kalenicę. Nie trzeba ich przywiązywać. Teraz czas na pierwsza część poszycia, ma ono za celu uchronić liście przed wpadaniem do środka szałasu. Ja wykonałem je ze świerkowych gałązek, rosło w tym miejscu sporo świerków, z każdego wziąłem nie więcej niz dwie, wybierałem drzewa o wysokości co najmniej kilku metrów by nie niszczyć młodych drzewek.Zrobiłem to tak , aby nie było widać dewastacji przyrody. Czyli nie łamałem gałązek tylko przycinałem piłą przy samym pniu.Na pierwszą cześć poszycia możemy wykorzystać wszystko co zatrzyma drugą część przed wpadnięciem do środka. Można też bardzo ściśle ułożyć krokwie.
http://puszczanstwo.blogspot.com/2008/06/wybur-miejsca-na-obozowisko.html
Gdy już wynajdziemy odpowiednie miejsce trzeba zastanowić się co jest priorytetem naszego szałasu. Jeśli ochrona głównie przed deszczem, wtedy kont pochylenia ścian-dachu powinien być spory 45-60 stopni. Im większy kąt tym gorsze poszycie wytrzyma dłużej nie przeciekając. Grawitacji się nie oszuka. Drugą sprawą jest grubość poszycia, jeśli wykorzystujemy materiał który możemy zebrać nie szkodząc przyrodzie czyli suche liście, trawę,paprotki, trzciny itp.Wtedy aby uzyskać przyzwoitą wodoodporność pokrycie powinno mieć przynajmniej 30m centymetrów grubości. Jeśli natomiast schronienie ma służyć głównie do odizolowania nas od zimna i co najwyżej lekkiego deszczu, wtedy kąty nie są aż tak ważne. Szałas powinien być jak najmniejszy, prawie jak trumna. Po położeniu się na posłaniu, naszą głowę od góry szałasu powinna dzielić długość naszej dłoni. Grubość poszycia jest tu też ważna im grubsze tym lepsza izolacja, 30cm będzie ok.
Zacznijmy od konstrukcji składa się ona z jednej grubej gałęzi którą możemy nazwać kalenicą oraz bocznymi patykami które nazwiemy krokwiami bocznymi. Wygląd głównej konstrukcji oraz sposoby "osadzenia" kalenicy na grafice poniżej , którą nieudolnie naszkicowałem;)
Według mnie najlepiej wykorzystać do tego drzewo, zamiast budować a-ramę, stracimy mniej energii, poza tym jeśli zbudujemy pod drzewem o zwartej koronie np świerkiem , będziemy mieli pierwszą warstę izolująca nas od czynników zewnętrznych. W gęstwinie jest zawsze odrobinę cieplej niż w starodrzewie czy otwartym terenie. trzeba też zwrócić uwagę na kierunek wiatru , by nie wiał w kierunku wejścia.Teraz budujemy "łóżko" izolacja od ziemi jest bardzo ważna. Po ściśnięciu powinno mieć około 10cm grubości. budujemy je z tego co jest pod ręka. Zaczynamy od sprężystych gałązek, dalej cienki chrust, suche liście, trawę bądź paprotki
Czas na boczne krokwie, zasada zachowania energii powinna być dla nas priorytetem. Więc zbieramy uschnięte gałęzie leżące na ziemi, które bez trudu złamiemy na kolanie , nie dewastujemy w ten sposób przyrody i do tego stracimy o wiele mniej kalorii, niż byśmy mieli ścinać i porcjować żywe.
Na zdjęciu powyżej widać, że krokwie nie wystają dużo ponad kalenice, jeśli było by inaczej i wystawały by za bardzo , w szczególności przez końcowe poszycie, przy dużym desczu woda ściekała by po nich do wnętrza schronienia. Krokwie najpierw wciskamy w ziemię i dopiero opieramy o kalenicę. Nie trzeba ich przywiązywać. Teraz czas na pierwsza część poszycia, ma ono za celu uchronić liście przed wpadaniem do środka szałasu. Ja wykonałem je ze świerkowych gałązek, rosło w tym miejscu sporo świerków, z każdego wziąłem nie więcej niz dwie, wybierałem drzewa o wysokości co najmniej kilku metrów by nie niszczyć młodych drzewek.Zrobiłem to tak , aby nie było widać dewastacji przyrody. Czyli nie łamałem gałązek tylko przycinałem piłą przy samym pniu.Na pierwszą cześć poszycia możemy wykorzystać wszystko co zatrzyma drugą część przed wpadnięciem do środka. Można też bardzo ściśle ułożyć krokwie.
Drugą część poszycia układamy z tego co mamy pod ręka i nie spowoduje dewastacji przyrody, czyli jak wyżej napisałem mogą to być: suche liście, paprotki, trawa, trzcina itp. W moim wypadku były to uschnięte liście. Zaczynamy od dołu tak jak układa się dachówki , aby górne warstwy zachodziły na dolne. Najgrubsza warstwa powinna przypadać na szczyt naszego schronienia, na reszcie szałasu powinna być w miarę równa grubość poszycia. Na koniec układamy gałęzie chrust itp. aby wiatr nie rozwiewał liści. Trzeba zdać sobie sprawę , że wykonanie szałasu może pochłonąć kilka godzin
czwartek, 10 listopada 2011
Awaryjny drewniany kubek
Do wykonania użyłem kawałka grubszej suchej gałęzi. Przyciąłem na wymiar i rozłupałem ją na cztery. Z każdej części usunąłem środek, zostawiając kawałek u dołu, który po połączeniu wszystkiego utworzył dno. Jeśli umiemy w miarę strugać wykonamy to zwykłym nożem, ułatwieniem jest użycie noża łyżkowego. Jednak jeśli posiadamy takie narzędzie nie potrzeba rozczepiać gałezi , wystarczy wybrać środek.
Pomimo bardzo ciasnego związania lekko przeciekało od dołu, woda nie leciała ciurkiem ale krople kapały, ustało gdy drewno namokło i się rozprężyło. Po wyschnięciu drewno się skurczyło, sznurek się lekko poluźnił ( rozciągnęło go pęczniejące drewno). Z każdym wyschnięciem ćwiartki coraz gorzej się wpasowywały. W końcu uszczelniłem dno roztopioną żywicą zmieszaną z węglem drzewnym w stosunku 2:1. Nakładałem żywice na kubek , jeszcze raz podgrzewałem i dokładanie wcierałem w szpary. Po pewnym czasie zaczęło też ciec z boków Trzeba by uszczelnić boki i co jakiś czas naciągać sznurek.
Moim zdaniem jest to fajny kubek jeśli spojrzymy na niego przez pryzmat sytuacji awaryjnej, gdzie nie będziemy mieli specjalistycznych narzędzi i będziemy potrzebować naczynia które się szybko i prosto wykonuje. Wtedy wystarczy nam takie naczynko, bez zabawy w uszczelnianie żywicą, po użyciu można go sobie zostawić na kredki ;)Trzeba też pamiętać , że drewno pije razem z nami. Najlepiej wykonuje się takie rzeczy z miękkiego i suchego drewna np.lipy , topoli, wierzby. Ponieważ łatwiej się w nim pracuje niż w twardym drewnie.
Złożyłem ćwiartki i mocno przewiązałem sznurkiem od dołu i góry. Naczynie było w zasadzie gotowe.
Moim zdaniem jest to fajny kubek jeśli spojrzymy na niego przez pryzmat sytuacji awaryjnej, gdzie nie będziemy mieli specjalistycznych narzędzi i będziemy potrzebować naczynia które się szybko i prosto wykonuje. Wtedy wystarczy nam takie naczynko, bez zabawy w uszczelnianie żywicą, po użyciu można go sobie zostawić na kredki ;)Trzeba też pamiętać , że drewno pije razem z nami. Najlepiej wykonuje się takie rzeczy z miękkiego i suchego drewna np.lipy , topoli, wierzby. Ponieważ łatwiej się w nim pracuje niż w twardym drewnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


