niedziela, 3 października 2010

Przenoszenie ognia

W źródłach wiedzy można znaleźć masę sposobów na rozpalenie ognia, natomiast informacje o jego transportowaniu są albo bardzo szczątkowe lub wcale ich nie ma. Przetestowałem różne sposoby, poniżej je przedstawię, zaczynając od według mnie najlepszego do najgorszego.
Będziemy potrzebować suchej „huby” i kawałek drutu lub giętka witkę albo korzeń. Według mnie najlepszy gatunek „huby” to Błyskoporek Podkorowy ( Czaga) na drugim miejscu jest Hubiak Pospolity. Ciężko jest znaleźć suchą hubę, trzeba będzie ją wysuszyć nad ogniem , jeśli mamy mało czasu warto pociąć na mniejsze kawałki, wtedy szybciej wyschnie. Mamy już suchą hubę , wystarczy zrobić w niej dziurę , przez którą przełożymy naszą rączkę, czy to z drutu czy z korzenia. Wsadzamy w ogień, kiedy zacznie się żarzyć, nasz przyrząd jest gotowy , kiedy  przygasa wystarczy zakręcić kilka razy „młynka” ręką, pęd powietrza rozdmucha żar.
Co ciekawe sposób ten jest praktykowany dalej na Podhalu.
„Kiedyś nie było zapałek ani zapalniczek, do przenoszenia ognia służyła wysuszona huba. Tak na przykład przenoszono ogień do szałasów, a w Wielką Sobotę z kościoła do domu – opowiada Bartek Koszarek, szef Domu Ludowego w Bukowinie Tatrzańskiej. Zwyczaj ten żywy był kiedyś na całym Podhalu. Dziś już prawie o nim zapomniano. W Bukowinie Tatrzańskiej udało się ten zwyczaj utrzymać. Od kilku już lat można tu zobaczyć w Wielką Sobotę mężczyzn i chłopców idących z kościoła z dymiącymi hubami.


Przygotowania zaczynają się już latem, kiedy podczas grzybobrania czy zbierania borówek chłopcy wyszukują w lesie odpowiednie huby. Potem są one suszone na słońcu. Huba następnie jest przebijana i oplatana drutem w ten sposób, by powstał uchwyt.


W Wielką Sobotę koło kościoła podczas ceremonii święcenia ognia zapalany jest ogień, a chłopcy odpalają od niego huby i dymiące zanoszą do domów. – Zabudowania trzeba obejść trzykrotnie, okadzić każdy budynek, odmawiając przy tym odpowiednie pociorki – opowiada Bartek Koszarek. Okadza się każdą oborę, stajnię i zwierzęta, by w ten sposób chronić je przed złem i chorobami. – Potem wchodzi się do domu i okadza wszystkie kąty, ważne miejsca, domowników. Na koniec zapala się od niej pod piecem nowy ogień – opisuje zwyczaj szczegółowo szef Domu Ludowego. „
Cytat pochodzi z Tygodnika Podhalańskiego.

Drugim sposobem jest tzw”kometa” mianowicie puszka z uchwytem z drutu, w której porobione są otwory aby powietrze dostawało się do środka. Materiały którymi możemy załadować kometę to: próchno , mech , liście, trawa, igliwie , cieniutkie gałązki itp. Do tego dokładamy trochę żaru z ogniska, kiedy zaczyna przygasać kręcimy „ młynki” przez dziury wpada powietrze i podsyca żar. Kiedy jest sucho i wietrznie dobrze aby materiał był lekko wilgotny, wtedy nie będzie się tak szybko wypalał.
Cytat z książki J. Kosińskiego "Malowany ptak"

"Lękałem się samotności. Ale pamiętałem, co mi mówiła Olga: aby przetrwać bez ludzkiej pomocy, potrzebne są dwie rzeczy. Pierwszą jest wiedza o roślinach i zwierzętach, znajomość trucizn i ziół leczniczych. Druga to ogień, czyli własna „kometa”. Wiedza była trudniejsza do zdobycia - wymagała wieloletniego doświadczenia. Natomiast do zrobienia komety wystarczyła litrowa puszka po konserwach, w której wybijano po bokach gwoździem liczne otworki. Zamiast rączki mocowano do puszki metrową drucianą pętlę; dzięki niej można było wymachiwać puszką jak lassem albo jak kadzielnicą w kościele.
Taki mały, przenośny piecyk mógł służyć jako stałe źródło ciepła i jako miniaturowa kuchenka. Można go było napełnić każdym dostępnym paliwem, zawsze pozostawiając na dnie nieco żaru. Energiczne machanie puszką powodowało, że otworkami wpadało powietrze, rozniecając ogień niby kowal miechem, podczas gdy siła odśrodkowa chroniła żar przed wypadnięciem. Ciągłe dokładanie paliwa zapobiegało zgaśnięciu komety, natomiast rozważny dobór materiału opałowego, a także nadawane puszce ruchy, pozwalały osiągnąć temperatury najwłaściwsze do różnych celów. Na przykład pieczenie kartofli, rzepy i ryb wymagało powolnego ognia z torfu i wilgotnych liści, a pieczenie świeżo zabitego ptaka - trzaskającego ognia z suchych gałązek i siana. Ptasie jaja, zaraz po wybraniu z gniazd, najlepiej gotowało się na ogniu z kartoflanych łętów.
Żeby ogień nie zgasł w ciągu nocy, kometę napychało się ciasno wilgotnym mchem porastającym u dołu pnie wysokich drzew. Mech żarzył się ciemno, wydzielając dym, który odstraszał węże i owady. W razie niebezpieczeństwa wystarczyło kilka ruchów, aby strzelił płomieniem. W wilgotne, śnieżne dni kometę trzeba było często napełniać suchym, żywicznym drewnem i energicznie huśtać. W dni wietrzne lub gorące i suche kometa prawie wcale nie wymagała kołysania, a żeby opóźnić spalanie, dodawało się świeżej trawy albo skrapiało paliwo wodą.
Kometa zapewniała także niezbędną ochronę przed psami i ludźmi. Nawet najbardziej zajadłe psy stawały daleko, widząc wściekle kołyszącą się puszkę, sypiącą iskrami, od których mogła im się zająć ogniem sierść. Również najodważniejszy zbir wolał nie ryzykować oparzeń twarzy lub utraty wzroku. Człowiek uzbrojony w buzującą kometę był jak forteca - można go było atakować bezkarnie tylko długimi drągami lub ciskając kamienie.
Dlatego właśnie zgaśniecie komety było sprawą niezwykle poważną. Mogło je spowodować zaspanie, niedbalstwo lub nagła ulewa. Zapałki na tym terenie stanowiły rzadkość. Były drogie i prawie nieosiągalne."


 Trzeci sposób to wykorzystanie dojrzałych ale nie rozlatujących się jeszcze kolb pałki wodnej , wystarczy podpalić koniec oraz rozdmuchać , później jeśli kolby są suche będą się żarzyć samoistnie, jeśli będą zawilgotniałe , trzeba będzie od czasu do czasu podmuchać. Aby tak utrzymać żar przez kilka godzin będzie potrzebne kilka kolb , jedna żarzy się około godziny. Gdy kolby są bardzo przesuszone można je skropić wodą aby za szybko się nie spalały.  


Czwarty sposobem jest wykorzystanie tuby z kory bądź wyschniętej łodygi Barszczu Sosnowskiego która jest w środku pusta ( łodyga musi być brązowa, w wypadku kiedy będzie zielona w kontakcie ze skórą spowoduje oparzenia) do takiej tuby ładujemy taki sam materiał jak do komety i dmuchamy w celu utrzymania żaru. Tubę z kory należy oczywiście przewiązać co kilka centymetrów, aby się nie rozlatywała. Łodyga barszczu od wewnątrz na ściankach posiada cienką warstwę „gąbki” która fajnie się żarzy. Moim zdaniem, w tej metodzie najlepiej zmieszać wszystkie dostępne rodzaje paliwa, wtedy trzeba się najmniej nadmuchać aby utrzymać żar.






1 komentarz:

Zbyszek pisze...

W sumie to dzisiaj zadko sie przenosi ogien na krotsze lub dalsze odleglosci, ale warto potrenowac. Dzieki za artykul.